A właściwie pokonanie jej. Nowocześnie można by dać tytuł: projekt wyzdrowienie.
Gdy rozmawiam z kimś, kto właśnie niedawno otrzymał diagnozę „rak” widzę głębokie przerażenie w oczach, mówię: „od teraz to jest twoja choroba i twój projekt. Nie czytasz w Internecie, nie porównujesz się z opowieściami innych bywalców poczekalni chemioterapii. Twoje ciało jest inne. Współpracujesz z lekarzami, obserwujesz swoje ciało, słuchasz tego, jak się czujesz. Ale najpierw podzielmy ten projekt na odcinki.”
W projekcie wyzdrowienie najpierw układamy etapy. Kto lubi, może je sobie napisać na kartce. To jest wspierające szczególnie w dni, kiedy myśli i samopoczucie przyklejają się dwustronną taśmą do ostatniej możliwości: do śmierci.
Tego podejścia nauczył mnie mój Partner. Zaproponował, żebyśmy potraktowali chorobę jako projekt. Podzieliliśmy ją na etapy i koncentrowaliśmy się tylko na danym fragmencie. Najpierw udrożnienie, potem przygotowanie się do operacji, ćwiczenie mięśni czworogłowych ud, żeby wstać po operacji, potem odbudowa ciała i odżywienie, przygotowanie się do chemioterapii i znów odbudowa. Duże etapy również dzieliliśmy na odcinki. Obserwowaliśmy, czy wynik jest zgodny z planem, omawialiśmy i w trakcie wprowadzaliśmy korekty. Praca nad danym odcinkiem projektu nie dopuszczała myślenia o śmierci. Czy nie zaglądałam do sieci? Oczywiście, że ukradkiem, przy bezsennych nocach czytałam o statystykach przeżycia po operacji i statystykach przeżycia po chemioterapii. Wychodziło na to, że pacjenci po radykalnej operacji mogą cieszyć się dobrą jakością życia przez sześć lat, natomiast pacjenci po zastosowaniu konkretnego leku do wlewów – sześć lat. Pytałam: czy to sześć plus sześć? Czy to te same sześć? Bo jeśli te same, to nie chcę chemii.
Mój Menadżer projektu odpowiadał spokojnie: „pamiętasz? Koncentrujemy się teraz na bieżącym zadaniu.”
Partnerki i żony zwykle przewracają oczami, gdy rozmawiają o tym, jak ich mężczyźni chorują. Panowie koncentrują się na wykonaniu – celem jest wyzdrowieć, więc nawet w przypadku zwykłej infekcji, kładą się do łóżka i … chorują. Nie sprzątają, nie kopią w ogródku, nie idą na siłownię. Robią plan minimum. Po to, żeby mózg zrozumiał, że teraz wszystkie możliwe zasoby w ciele muszą się skupić na wykonaniu zadania: wyzdrowieć.
Kobiety są inne. Leci im z nosa, ale myją okna. Jeśli samo mycie okien dodaje siły – proszę bardzo! Jednak, gdy przy tym się denerwują, tracą cenną energię potrzebną ciału w regeneracji.
Nie jestem za tym, żeby zmieniać naturę. Ale jestem zwolenniczką, żeby każdą chorobę, każde nieszczęście podzielić na fazy i współpracować z ciałem. Pamiętamy też, żeby przy każdym etapie wyraźnie napisać sobie w kolumnie uwagę: „bez wyrzutów sumienia”. Mamy w sobie głębokie poczucie powinności i oceny. Piękny dzień za oknem, roboty pełno, a ty leżysz?
Tak, leżę ten jeden dzień. Etap pierwszy: odbudowanie zasobów energii. Jutro wstanę i będę działać. Napiszę plan co zrobię po kolei, żeby wyzdrowieć. Tyle, ile mogę. A jak zrobię za dużo, to ciało znów mi pokaże, gdzie jest łóżko.
